Rowerowy debiut na Pazurze Gryfa

Impreza z wieloletnią tradycją, rok temu współorganizowana przez Dzik Parchowo, tym razem odbyła się w Krzyni w gminie Dębnica Kaszubska. Na starcie pojawił się Krzysztof, który debiutował w rywalizacji rowerowej. 

Do Krzyni dotarłem o 8.40 (20 min przed startem). Wyciągnąłem rower, zamontowałem mapnik i skierowałem się w kurtce do biura rajdu. Było już po odprawie, więc byłem pewny, że się nieco spóźnię, ale fakt, że dzień wcześniej wróciłem o 23 z Warszawy, usprawiedliwiał mnie wewnętrznie, a tu przecież chodzi jedynie o dobrą zabawę. 

 

Przed startem przywitałem się z organizatorami Sławkiem i Sebastianem. Ogarnąłem sprawy biurowe i wróciłem po mapę i ostatnie instrukcje. Poczekałem do minuty zero – wszyscy wystartowali, a ja jeszcze podjechałem do auta, aby ułożyć wszystko w plecaku i zdjąć kurtkę. 

 

9.07 – czas ruszać na trasę. Niby miałem siedem minut spóźnienia, ale wszystko da się nadrobić na trasie. Zwłaszcza, że ma ona 50 km wg wariantu organizatora, a ja, debiutując w nawigacji rowerowej, nie wierzę, że zrobię trasę idealnie. 

 

W pobliżu bazy rajdu są dwa punkty – PK5 i PK7, ale według mojego wariantu zostawiam je na koniec i pędzę na południe po PK10 – kładka na Brodku. Pierwsza droga idealna – utwardzona, można śmigać, więc mając świeże nogi na spokojnie jadę sobie około 20-25 km/h. Rower bez zarzutu, chociaż trochę się stresowałem, czy mój 8-letni rumak da sobie radę w leśnym terenie. Mając na uwadze podpowiedzi od Artura, Kasi i Ali, którzy już nie raz startowali na rowerach bardzo skupiłem się na nawigacji, żeby nie zrobić błędu. Dotarłem w rejon meandrującej rzeczki i skręciłem w lewo. Droga leśna była bardzo trudna do jazdy, więc na PK10 poszedłem pieszo, prowadząc rower przez leżące gałęzie. Byłem przekonany, że nikogo nie spotkam – to przecież pierwszy punkt i do tego startowałem z 7-minutowym opóźnieniem, a tu niespodzianka. Podbijam punkt przy malowniczej kładce, a za mną dwuosobowy zespół. Wymiana uprzejmości i dalej w świat. 

 

Tym razem na azymucie PK12. Wariant nieidealny, ale droga przejezdna, więc można cisnąć. „Grupa pomników przyrody” podbita z minutowym opóźnieniem, bo punkt wisiał  po drugiej stronie drzewa. Na PK4 prowadziły dwa warianty – albo jedziesz lasem, albo wjeżdżasz do Goszczyna, Niemczewa i dalej asfaltową drogą wojewódzką. W związku z tym, że wygodniej mi jeździć asfaltem to wybrałem nieco dłuższą, ale przyjemniejszą trasę. Dojazd do Goszczyna super, a chwilę później pierwszy bruk. Wszystko trzęsie, rower skacze, amortyzatorów brak… Najgorsze, że chwilę później zauważyłem, że śruba od mapnika mi wypadła i dlatego się tak kręci jak oszalały. Złapałem mapnik na trytytki i popędziłem drogą wojewódzką pod PK4. Na asfalcie dało się pojechać około 28 km/h, więc bardzo fajnie. 

 

Do PK4 trzeba było kilkaset metrów pokonać drogami leśnymi. Oczywiście zamiast skupić się na jak najkrótszym „lasowaniu” to skręciłem sobie wcześniej, żeby łatwiej mi było trafić na punkt. Drogi leśne słabiutkie… większość do pokonania pieszo, no ale dotarłem. Kilka wyjeżdżonych rowerem śladów na trawie podpowiedziało, że to dobry rejon. Dwie drogi, ta bardziej na południe odpowiada tej na mapie, rozwidlenie jarów znalezione. Obszedłem kilka drzew w pobliżu i punktu nie ma. Dotarła do mnie też para z PK10. Również im tak wyszło i szukają. Potem przyjrzałem się „rozjaśnieniu” na mapie 1:10000 i najpewniej byliśmy o jedną drogę na południe za daleko. Przeszedłem pieszo wzniesienie i łatwo znalazłem punkt. Przy okazji też spotkałem dwójkę kolejnych zawodników i pomyślałem – jak na pierwszy raz to super mi idzie, skoro po 3 PK nadgoniłem aż 7 minut do obu grupek. W rozmowach wyszło, że na odprawie Sławek o tych trzech punktach mówił jak o najtrudniejszych, a skoro ja łącznie na nich straciłem max 10 minut to naprawdę szykuje się przyjemny rajd. 

 

Pierwszy pomysł na dotarcie z PK4 na PK3 był taki, że pojadę leśnymi drogami, bo asfaltem to o kilka kilometrów dalej, ale później stwierdziłem, że skoro leśne drogi są dużo trudniejsze w jeździe na rowerze – to cisnę na asfalt. Podobnie pomyślała cała czwórka, ale ja zrobiłem sobie parę minut przerwy na wodę i przekąskę. Wyjechałem na wojewódzką i kilkaset metrów przede mną widziałem dwóch zawodników. Fajny cel do osiągnięcia – cisnę ile fabryka dała przez te 5,5 km. Momentami udało mi się nawet jechać szybciej niż 30 km/h, co bez treningu i na rowerze bardziej gravelowym niż szosowym uznaje za mały sukces. Nie udało się jednak doścignąć kolegów. Przed Dębnicą Kaszubską odbiłem w lewo, a na skrzyżowaniu widzę, że moi „rywale z asfaltu” się zbierają. No to na leśnej utwardzonej drodze byli już tylko o kilka sekund przede mną. Na kolejnym skrzyżowaniu się zatrzymali, a ja pewny swojego wariantu przeleciałem obok nich. Leśną ścieżką bez zbędnego wahania wjeżdżam na punkt, a tam… właśnie oni. Podbili punkt kilkadziesiąt sekund przede mną, bo wybrali jednak nieco lepszą opcję dotarcia bezpośrednio na punkt. 

 

Do PK2 prowadził rowerowy szlak kolejowy. Wystarczyło do niego dotrzeć. Moi koledzy z trasy pojechali przez Dębnicę Kaszubską, a ja znowu wybrałem leśną drogę, ale tym razem była naprawdę fajna. Dojechałem na szlak i po paru sekundach wyprzedza mnie wspominana dwójka. Jedziemy już wspólnie na mostek. Bardzo łatwy nawigacyjnie punkt, ale przy okazji urokliwy. Moi współtowarzysze zatrzymali się na posiłek, a ja pojechałem dalej. Do PK1 prowadziła również łatwa i przyjemna droga leśna, ale punkt był na polu rzepaku, do którego trzeba było dotrzeć pokonując sporą górkę na granicy oddziałów. Oczywiście w pierwszą stronę podprowadziłem rower, a z powrotem zjeżdżałem już bardzo szybko, czując świetnie mój sprzęt. Na zjeździe minąłem wspinających się kolegów z trasy. Widziałem kilka minut przewagi, więc popędziłem dalej, żeby zdobyć zapas. Przecinka świetnie wyprowadziła na remontowany most nad Słupią, który trzeba było pokonać kładką obok. Potem kilkukilometrowy łagodny podjazd do Żelkówka. Zaraz za wsią punkt na szczycie góry, gdzie stały ruiny pomnika. Po dwóch minutach zawahania docieram na PK6. Schodząc spotykam dwóch piechurów, a jak już odjeżdżałem to widzę wspinających się po bruku na rowerach kolegów. Nadal kilka minut przewagi, a że w żołądku zaczyna burczeć to zatrzymałem się przy znaku „Żelki 2” i zjadłem sobie pół paczki żelków. 

 

Podjeżdżając do PK8 spotykam Yanę, która najpewniej pokonywała inną trasę lub w innym kierunku niż ja. Widząc, że wyjeżdża z konkretnej drogi, skręcam w tę samą i na tym znowu tracę dobrą minutę, bo zamiast łatwo wjeżdżać na punkt to ja przecieram szlaki leśnymi ścieżkami. Podbijam, a wyjeżdżając mijam dwójkę moich całodniowych rywali. Do PK11 wspinałem się przez kolejne 2 kilometry łagodnego podjazdu. Wjechałem nad leśne jeziorko, ale okazało się, że trafiłem na złą groblę – warto mierzyć dystans, a nie zdobywać świat na oko. Jak wycofałem się do głównej drogi leśnej to spotkałem moich ziomali. Oczywiście podbiliśmy punkt razem i na kolejny punkt tradycyjnie obraliśmy inne warianty. Tradycyjnie też oni pojechali nieco dokoła, ale porządną drogą, a ja wybrałem trasę krótszą, ale za to leśną, co spowodowało, że po 300 metrach droga się skończyła i trzeba było przez kilkaset metrów pchać rower przez gałęzie i jeżyny…

 

Jak już dotarłem do leśnej drogi to stwierdziłem, że wrócę nią do tej „pewnej” drogi, która pojechali moi rywale i nadrobię te 1-1,5 kilometra, ale przynajmniej będę jechał na rowerze, bo o to chodzi w rajdach rowerowych. Ten wariant był zdecydowanie bardziej przyjemny. Pojechałem sobie na spokojnie trzymając około 20-22 km/h. Dotarłem do asfaltu i skręciłem znowu o jeden zjazd za szybko. Byłem w pobliżu PK9, ale trochę dalej niż to sobie wyobrażałem. Malownicza droga zrekompensowała drobny błąd i znalazłem punkt pod mostkiem. Na DK7 prowadziła autostrada płytowa. Takie drogi leśne to ja rozumiem. Wszystko było fajne, nawet to, że przez 2 km znowu trzeba było podjeżdżać, ale za to podjazd był dość łagodny. Na 100 metrów przed szczytem zdecydowałem, że to dobry moment na ostatnią małą przerwę żywieniową i dokończyłem żelki. Jak już zaczął się zjazd to napędziłem rower bardzo, aby nadrobić stracone dwie minuty na przerwie. Tak się rozpędziłem, że pojechałem o 100 metrów za daleko i szukałem punktu przez kilkanaście minut krążąc po bagnie i szukając pomnika przyrody. Jak już ochłonąłem i wziąłem mapę w ręce ponownie to zauważyłem, że może trzeba go „zaatakować” bardziej od południa. Wróciłem na drogę, którą zjeżdżałem i trafiłem na punkt bez problemu… 

 

Odjeżdżając spotkałem Tomka Szota, który startował w TR120, a chwilę później parę z pierwszego i trzeciego punktu. Miałem nad nimi parę minut przewagi, więc za cel obrałem sobie utrzymanie tej przewagi. Do zdobycia został ostatni punkt, ale bardzo malowniczy – punkt widokowy, więc było jasne, że trzeba się wspinać. Stromy podjazd po 50 km w nogach już nie był dla mnie, wolałem podprowadzić rower, żeby później mieć siły na zjazd i drogę po płaskim do mety. Na finiszu postarałem się jeszcze trochę przyspieszyć i dotarłem w czasie 5:34. Czas netto to 5:27, bo wystartowałem parę minut po czasie, ale ogólnie byłem całkiem zadowolony. 

 

Debiut, o którym myślałem od paru lat, został zaliczony. Rower na pewno jeszcze nie raz będzie ze mną na rajdzie. Nawigacyjnie popełniłem kilka drobnych błędów, które w sumie kosztowały mnie pewnie jakieś 30-40 minut. Szkoda, bo dwójka, z którą miałem rywalizację w czasie rajdu wyprzedziła mnie o kilkanaście minut, ale to właśnie ten błąd na wyjeździe z PK9 i później szukanie PK7 kosztowały mnie czwarte miejsce. Ostatecznie byłem szósty w stawce trzynastu rowerzystów, co jest obiecującym początkiem nowej przygody w orientacji. Pokonałem 54,3 km, a to chyba dobry wynik, biorąc pod uwagę, że w dwóch miejscach sporo nadrabiałem, aby jechać wygodną drogą.

 

Przypominamy, że trwają zapisy na Puchar Dzika w Starym Moście. Link do zapisów tutaj.  

Wielkie podziękowania też dla organizatorów – STOPA Słupsk na czele ze Sławkiem i Sebastianem tradycyjnie przygotowali bardzo ładne trasy i z pewnością warto ich odwiedzić na Pazurze Gryfa w przyszłym roku!