Złość, nerwy, rozczarowanie, radość, uśmiech, spełnienie, brak osiągnięcia celu – aż tyle określeń towarzyszy naszemu występowi na 67. edycji Ekstremalnego Rajdu na Orientację HARPAGAN, który odbył się kilka dni temu w Kostkowie na terenie gminy Gniewino. Jak to wszystko przebiegało i jakie napotkaliśmy problemy? Zapraszam do relacji.

 

Rozpoczęło się niewinnie. Mniej więcej rok temu, kiedy w pełni odpoczęliśmy po Harpaganie w Studzienicach, gdzie startowaliśmy po raz pierwszy w duecie na trasie 50 km, Kasia stwierdziła, że teraz to musi być 100 km. Pomimo totalnego braku formy musiałem podjąć rękawice, bo przecież to dopiero za rok i nie jestem mięczakiem, a że cały czas do spełnienia w rajdowej przygodzie brakuje mi pokonania trasy 100-kilometrowej to decyzja mogła być tylko jedna. Padło na wiosenny Harpagan ze względów logistycznych, a nie miała dla nas żadnego znaczenia lokalizacja. Przecież wszędzie sobie poradzimy, jak uda nam się przygotować.

 

Po kilku miesiącach ruszyliśmy z treningami. Każdy na własną rękę przygotowywał się do startu. Ja sporo (jak na mnie) pobiegałem. Wystartowałem w kilku biegach na orientację, w których pokonywałem po 10-20 km z ogromną liczbą punktów kontrolnych, a Kasia trochę pobiegała oraz nabiła wiele kilometrów na swoim ulubionym rowerze.

 

No i nadszedł ten dzień. 11 kwietnia o godzinie 20.30 zaplanowano start trasy pieszej na 100 km. W bazie rajdu kręciło się już wiele osób. My spakowani, gotowi, pewni siebie. Przecież musimy odnaleźć te 26 punktów w ciągu 24 godzin.

 

No i godzina zero. O 20.25 wszyscy uczestnicy otrzymali mapy i mogli planować przebieg pierwszej 50-kilometrowej części rywalizacji. Trasa liczy 50 km, ale w idealnym wariancie organizatora, dlatego niemal każdy pokonuje więcej niż 50 km w terenie. My postanowiliśmy, że rozpoczniemy podróż od pójścia na południe, a następnie wschód mapy, kiedy podbijemy pierwsze cztery punkty kontrolne zaczniemy podróż w kierunku zachodnim, a na sam koniec zawrócimy do bazy.

 

Po pokonaniu pierwszych kilku kilometrów i 20 minutach rywalizacji pojawił się pierwszy problem. Rozładowała mi się latarka, którą pożyczyłem. To mój błąd, bo okazało się, że ładowałem ją cały dzień, ale w niepoprawny sposób… No lepiej zacząć się nie mogło. Jeszcze nawet nie zdobyliśmy pierwszego punktu, a już widmo braku oświetlenia. Na szczęście miałem jeszcze dwie rezerwowe latarki. 

 

Minęło kolejne 5 minut i… Kasi rozładowała się jedyna latarka. Nadal nie mamy żadnego punktu (chociaż jesteśmy coraz bliżej) i dwie latarki już się wyłączyły. Kasia pewna swego mówi, że przecież kupiła sobie baterie, aby w razie czego wymienić. Okazało się, że kupiła AAA, a w jej latarce są AA. No to mamy klops. Dwie latarki na jakieś 8 godzin rywalizacji w obcym lesie w nocy.

 

Rozpytaliśmy paru innych uczestników, czy może jakoś są w stanie nam pomóc, ale odpowiedzi były raczej mało pomocne. Zaczęły się pojawiać pomysły, aby wrócić do bazy i jakoś znaleźć baterie AA lub inną pomoc, ale w sumie… jesteśmy tu po przygodę. Jeszcze damy radę.

 

Pierwsze dwa punkty pomimo sporych komplikacji znaleźliśmy w miarę łatwo, chociaż cały czas z tyłu głowy było widmo porażki. Na trzeci z punktów naszej trasy wiodła niemal ponad 5-kilometrowa wyprawa za rzekę Reda. Organizatorzy w pewnym miejscu na mapie zaznaczyli miejsce, w którym da się przeprawić przez tę rzekę, więc bez zastanowienia poszliśmy w tamtym kierunku. Podobny wariant wybrał jeden z zawodników, który szedł o kilkanaście metrów przed nami oraz dwóch, którzy szli kilkanaście metrów za nami. Plan idealny. Mamy towarzystwo w zasięgu wzroku, co może pójść nie tak? Ano wszystko.

 

W połowie łąk miał być skręt w lewo. Coś tam było, ale na łąkach w nocy trudno dojrzeć drogę. Wszyscy w nią skręcili. Przeszliśmy kilkaset metrów i droga zniknęła. Zaczęły się chaszcze, kanały, problemy. Trudno było utrzymać kierunek marszu, kiedy ciągle trzeba było przedzierać się przez zarośla. W pewnym momencie zatrzymałem nasz duet, przepuściłem dwójkę zza pleców i na spokojnie ustaliłem azymut, w którym powinniśmy się kierować. Okazało się, że skręciliśmy o jakieś 90 stopni, więc kręcilibyśmy się tam jeszcze sporo czasu. Spotkaliśmy panią z Czech i wspólnie odnaleźliśmy przewrócone drzewo, które posłużyło nam jako most nad rzeką Redą.

 

No to teraz już łatwo do punktu. Obraliśmy swój wariant. Poszliśmy inaczej niż pozostałe „latarki”, które widzieliśmy w terenie. Dotarliśmy do płotu, który nawet był zaznaczony na mapie i przez który przebiegała droga utwardzona. Podeszliśmy do tej drogi, ale niestety… Zamknięta brama szkółki leśnej (tej informacji nie ma na mapach w rajdach na orientację) pokrzyżowała nam plany. Musieliśmy nadrobić około 1 km, aby wydostać się z problemu i wrócić na właściwą drogę. Punkt zdobyliśmy łatwo, chociaż sporo osób przy nim miało problem. Kolejny już pokonaliśmy, mając na horyzoncie Wojtka i Łukasza. Momentami się nawet ścigaliśmy, ale wymieniliśmy już też uprzejmości.

 

Czwarty punkt według najkrótszego wariantu trzeba było zaatakować od północy przejściem około 600 metrów na przełaj przez ciemny las. My wybraliśmy okrężną drogę, podchodząc od skraju pola z południowej strony i mieliśmy do pokonania tylko 300 metrów w linii prostej. Punkt odnaleźliśmy bez problemu, a ponownie wiele osób kręciło się w pobliżu i nie mogło do niego trafić. To napawało optymizmem, chociaż uciekająca bateria z przedostatniego źródła oświetlenia szybko go tłamsiła.

 

Wyruszając z punktu ponownie spotkaliśmy Łukasza i Wojtka. Trochę się jeszcze z nimi pościgaliśmy. Wybrali wariant krótszy, a my ponownie dłuższy i łatwiejszy. Ostatecznie na 200 metrów przed punktem znowu się widzieliśmy, a ja poruszałem się już przy świetle ostatniej latarki. W międzyczasie Kasia poprosiła jednego z uczestników o jakąś latarkę i otrzymała mała lampkę rowerową, która niewiele pomagała w terenie, ale chociaż umożliwiała czytanie mapy.

 

Atak na punkt przeprowadziliśmy już wspólnie z Łukaszem i Wojtkiem. Na domiar złego przy 200-metrowym marszu w linii prostej zaczął mi szwankować kompas. Kasia pożyczyła mi swój, ale ten miał „bąbel” przez co igła również nie mogła poprawnie odnaleźć północy… Eh. Co jeszcze się wydarzy?

 

Na szczęście punkty z nami „współpracowały”. Pomimo trudności i wielu negatywów cały czas brnęliśmy do przodu. Mieliśmy już 5 punktów kontrolnych… A było około godziny 2.00. Do świtu jeszcze ponad 3 godziny, a my mamy ostatnią latarkę i to tracącą zasilanie od kilkunastu minut. Perspektywy na dotrwanie do świtu zerowe.

 

Na pomoc przyszli nam Łukasz i Wojtek. Pozytywnie odpowiedzieli na propozycję dalszej wspólnej walki z ciemnością w lesie. Mieli kilka źródeł światła i dzięki temu mogli nam pomóc w skutecznym czytaniu mapy i poruszaniu się po lesie. Moja latarka rozładowała się około godziny 4.00. W zasadzie świt nastąpił po podbiciu najłatwiejszego punktu, który znajdował się przy rezerwacie przyrody. A później już bez większych problemów nawigacyjnych w pełnym świetle dziennym zdobyliśmy pozostałe punkty pętli.

 

O godzinie 10:30 dotarliśmy do mety pierwszej pętli. Pokonaliśmy łącznie około 64 km w czasie zbliżonym do 14 godzin. Szanse na pokonanie pozostałych 50 km wg wariantu organizatora w limicie czasu spadły poniżej zera. Musielibyśmy idealnie trafiać na punkty, w lepszym tempie niż na początku rajdu, a mieliśmy przecież w nogach już 64 km. Mimo to ruszyliśmy dalej na trasę, aby chociaż pobić swoje rekordy życiowe.

 

W bazie rajdu po pobraniu drugiej mapy jeszcze trzymała mnie energia. Podskakiwałem i dobrze bawiłem się, wiedząc, że pierwsza pętla jest pokonana w całości, a szanse na to po 25 minutach rajdu oceniałem bardzo nisko… Ruszyliśmy na drugą pętlę w kierunku zachodnim i po pokonaniu pierwszego wzniesienia (około 200 metrów od bazy Rajdu) już zacząłem odczuwać spore problemy zdrowotne. Nogi nie chciały jednak iść na drugą pętlę, a to znak, że zaczyna się prawdziwa walka.

 

Czekał nas kilkukilometrowy odcinek asfaltową i całkiem ruchliwą drogą. Po 3 kilometrach moi trzej towarzysze oddalali się ode mnie z każdym metrem. Nadszedł poważny kryzys. Powtarzałem sobie w głowie: „Byle do polnych dróg”, bo najbardziej nie lubię marszu lub biegu po asfalcie. Od zawsze w orientacji ciągnęło mnie w kierunku lasu i tam się czuję zdecydowanie najlepiej.

 

Pierwszy punkt odbiliśmy bez problemu, ale z drugim już się zaczęło błądzenie. Po jednej poważnej pomyłce z dużo większym respektem podszedł do nawigacji i po paru minutach spokojnej analizy udało się wytropić punkt na rogu bagienka. Następnie ruszyliśmy do najdalszego punktu kontrolnego naszego planu na drugą pętlę, a zarazem najbardziej punktowanego (każdy punkt kontrolny miał wagę od 1 do 4). Był jednym z najłatwiejszych w całym rajdzie, ale po nim kryzys złapał Kasię. Później ruszyliśmy do punktu z ogniskiem. Tam na spokojnie zjedliśmy kiełbaski, najedliśmy się wszystkimi pysznościami, w tym legendarnym chlebem ze smalcem autorstwa naszego sympatyka Leszka.

 

Przed nami był jeszcze „tylko” powrót do bazy, a po drodze odbicie kilku punktów. Plan mówił o zdobyciu jednego najprostszego punktu na powrocie, a także trzech kolejnych nieco oddalonych od linii powrotu, o ile siły pozwolą. Niestety po podbiciu tego najprostszego i mi i Kasi odcięło już prąd. Mieliśmy w nogach 90 km, walczyliśmy przez 20h bez snu. Chyba wyszło też zmęczenie spowodowane stresem w nocy po awariach latarek. Od ostatniego podbitego punktu do mety rajdu trasa liczyła około 8 kilometrów. Całość wiodła drogą asfaltową. Pokonaliśmy ten dystans w… 2 godziny i 24 minuty. Wyobrażacie to sobie? Po prostu odcięło nam prąd. Wlekliśmy się już tą drogą, co chwilę wyprzedzali nas różni zawodnicy, ale każdy miał inny plan i wcale nie znaczyło to, że będą wyżej od nas w klasyfikacji końcowej. Na szczęście na ostatnim wspólnym punkcie poinformowaliśmy Łukasza i Wojtka, że spokojnie mogą ruszyć w swoim tempie, o ile mają siły, bo z nas już nic nie wyduszą. Chłopaki poszli jeszcze na wysokopunktowany punkt niedaleko trasy, ale okazało się, że po 40-minutowym szukaniu go w lesie i tak wyprzedzili nas jeszcze przed metą.

 

W tamtym momencie poczuliśmy oboje, że dotarliśmy do granicy wytrzymałości organizmu. Po to właśnie startuje się w takim rajdzie (przynajmniej takie jest moje zdanie), aby dojść do tej ściany i poznać w pełni swoje ciało. Ono na pewno mnie nienawidzi za te katusze… ale ma pecha, bo na 100% jeszcze do tego momentu wrócę, bo to jest zbyt uzależniające.

 

Na koniec rajdu Kasia powiedziała, że już na pewno nigdy nie weźmie udziału w zawodach na 100 kilometrów. A nawet jeśli to najszybciej za 3 lata. Po dwóch dniach od rajdu napisała do mnie, czy może jednak gdzieś jeszcze spróbujemy. Jak myślicie? Bo ja już wiem.

 

Podsumowując. Nasza wyprawa zakończyła się po 22 godzinach i 54 minutach (u mnie nawet 22h55). Ostatecznie uplasowaliśmy się na 45. i 46. miejscu wśród 86 osób, które podjęły próbę sprawdzenia siebie w Kostkowie. W kategorii kobiet Kasia zajęła 2. miejsce, za co otrzymała statuetkę. W jej gablocie to już drugie podium Harpagana, więc wyprzedziła mnie. Podium TP100 smakuje jednak inaczej, a na pewno jeszcze lepiej będzie smakować, jak wreszcie zdobędziemy tytuł za wykonanie całej trasy.